Z górki na pazurki

„[Do szkoły chodziłyśmy] na ósmą, zazwyczaj było pięć lekcji, ale nie wracaliśmy zbyt wcześnie do domu. Długo się wracało. Zwłaszcza zimą…

Na Pólku było takie jeziorko, zawsze tam chodziliśmy po szkole. Na takiej górce zjeżdżałyśmy na własnych skórzanych teczkach w stronę rzeki. Ale się jechało z górki na pazurki!”

Rozmowa z paniami Danutą Dworakowską i Urszulą Pietrzak, uczennicami Szkoły Powszechnej w Chylicach w latach 1946-1949


Kiedy dokładnie chodziły panie do szkoły w Chylicach?

Pani Urszula: Od stycznia 1946 roku, ponieważ wtedy przeprowadziłam się z rodzicami z Łazów do Siedlisk. Poszłam wtedy do czwartej klasy. Dołączyłam do klasy, w której uczyła się od września Danusia.

Pani Danuta: Ja chodziłam do Chylic od trzeciej klasy, bo wcześniej skończyłam klasę pierwszą w Piasecznie, a drugą realizowałam w domu z nauczycielką, która razem ze swoją rodziną mieszkała u nas w czasie wojny. Ponieważ Niemcy zajęli szkołę przy ulicy Szpitalnej, przeniesiono moją szkołę aż na ulicę Szerokotorową, tam miałam już za daleko, żeby dojść piechotą.

Ile wtedy było klas w szkole?

Pani Urszula: Po jednej na poziomie, czyli siedem.

Ile osób było w jednej klasie?

Pani Danuta: Niedużo, piętnaście, szesnaście, do dwudziestu osób. To były dzieci głównie z Chylic, Chyliczek i Julianowa. Z Siedlisk kilka osób. W Siedliskach były wtedy 32 domy.

Kto był wówczas dyrektorem szkoły?

Pani Danuta: Kierownikiem szkoły był pan Zygmunt Szymański. Uczył historii, mieszkał w szkole, był samotny, ale mieszkał z siostrą, panią Jasińską, która miała dwoje dzieci. Jedno z nich, chłopiec o imieniu Adam, chodził z nami do klasy. Dziewczynka Emilia była od nas starsza.

Kto był wychowawcą klasy?

Pani Danuta: Pan od muzyki, kochany pan Pietrzyk, grający na skrzypcach i zachęcający nas do śpiewu. Był to naprawdę nauczyciel z powołania, miał około czterdziestu lat. Uczył nas śpiewu.

A jakie były inne przedmioty w szkole?

Pani Danuta: Gimnastyka. Ćwiczyło się na dworze lub na korytarzu, gdzie były jakieś drabinki.

A inne przedmioty i nauczyciele?

Pani Danuta: Kochani państwo Górscy, pan Górski prowadził gimnastykę, a nawet uczył religii, zanim przyszła siostra urszulanka, siostra Zofia.

Na którą były lekcje i jak długo trwały?

Pani Danuta: Na ósmą, zazwyczaj było pięć lekcji, ale nie wracaliśmy zbyt wcześnie do domu. Długo się wracało. Zwłaszcza zimą…

Pani Urszula: Na Pólku było takie jeziorko, zawsze tam chodziliśmy po szkole. Na takiej górce zjeżdżałyśmy na własnych skórzanych teczkach w stronę rzeki. Ale się jechało z górki na pazurki!

Czy szkoła obchodziła jakieś święto, czy mówiło się, kiedy powstała?

Pani Urszula: Raczej nie. Nie pamiętam. Były apele przed lekcjami. To na pewno. Była modlitwa, którą prowadził pan Górski.

A klasa? Czy była zgrana? Spotykała się po lekcjach?

Pani Danuta: Pamiętam, że po świętach były jakieś tańce w szkole. Chyba z okazji karnawału. Tworzyły się pierwsze sympatie.

Pani Urszula: Za mną w klasie siedział chłopiec. Miałam bardzo długie warkocze i ciągnął mnie zawsze za włosy. W szkole były piękne ławki. Ciężkie, przysadziste, z oparciem i z dziurką na kałamarz.

A ile mogło być wtedy sal w budynku szkolnym?

Pani Urszula: Pięć, może sześć. Na dole dwie, a na górze chyba trzy sale lekcyjne. U szczytu budynku mieszkał pan kierownik. Miał też kancelarię, sam ją prowadził, nie było żadnej sekretarki.

Pamiętam, że pan kierownik opowiadał nam, że niedługo telewizory, ruchome obrazy zmienią naukę w szkole. Oczywiście nie mieściło się nam to w głowie. Gdzieś tam w świecie pewnie już istniały, ale nikt z nas długo jeszcze nie miał telewizora. Szkoła to chyba nawet radia nie posiadała.

Za to podłogi były okropne, czarne, to się nazywało pyłochłon. No i w salach były piece kaflowe.

A istniała szatnia?

Pani Danuta: Nie, okrycia wieszało się na wieszaku na korytarzu. Nie zmieniało się też obuwia jak dzisiaj.

A zeszyty? Prowadziło się zeszyty? Odrabiało prace domowe?

Pani Danuta: Oczywiście. Pamiętam, że gdy przeprowadziłam się do Siedlisk i zaczęłam chodzić do szkoły, pani kazała mi napisać wypracowanie. W Łazach nie pisaliśmy wypracowań. A tu na pierwszej lekcji do napisania: Jak spędziłaś święta? Napisałam chyba ze trzy zdania, zupełnie nie wiedziałam, jak to zrobić. Dostałam trzy na szynach, czyli z dwoma minusami. Byłam załamana, bo zawsze miałam naprawdę dobre stopnie. Ale na szczęście potem sytuacja się poprawiła.

A który nauczyciel był najbardziej wymagający?

Pani Danuta: Wszyscy wymagali. To, co powiedział nauczyciel, było święte.

A uczniowie? Czy sprawiali jakieś problemy?

Pani Urszula: Oj, tak. Przeszkadzali, nawet niektórzy wagarowali. Pamiętam, jak wyszliśmy większą grupą na górki niedaleko szkoły, w czasie lekcji oczywiście. Uciekało się z lekcji czasami…

A jakie były za to kary? Wzywało się rodziców do szkoły?

Pani Danuta: Czasami tak, ale bywały też kary cielesne. Pamiętam, jak dostałam linijką po łapie. Chyba za rozmawianie. I to naprawdę bolało. Taką miałam czerwoną dłoń. 

Czy to była największa kara?

Pani Danuta: Jeszcze uklęknięcie w kącie. Ale nie na grochu. Często ktoś szedł do kąta, jeśli przeszkadzał. Takie były proste, ale skuteczne metody wychowawcze

A czy były jakieś wycieczki szkolne?

Pani Urszula: Były, najczęściej do Warszawy, do Muzeum Narodowego, do Wilanowa.

Pani Danuta: Kolejką wąskotorową jeździliśmy z Chylic. Pamiętam taką wycieczkę z panem kierownikiem do miejsca, gdzie rzeka Jeziorka wpływa do Wisły.

Pani Urszula: Dużo było wyjazdów, do zoo na przykład, nad Wisłę.

A jak się spędzało przerwy? Jakie były zabawy?

Pani Danuta: Dziewczynki bawiły się często w grę „Mam chusteczkę haftowaną…”, a chłopcy grali w piłkę przed szkołą lub w dwa ognie.

Jak się ubierali uczniowie do szkoły?

Pani Danuta: Oczywiście w fartuszek, zwłaszcza dziewczynki granatowy z białym kołnierzykiem, a na prawym ramieniu z przyszytą tarczą szkolną. Nie było jednego wzoru, ale wszystkie były podobne. Były też wersje wyjściowe, takie ze skrzydełkami na ramiączkach. Strój był skromny, nie taki jak dzisiaj. Gdyby ktoś miał pomalowane paznokcie, to by go do szkoły nie wpuścili. Poza tym nikomu to do głowy nie przyszło. Każdy był zadowolony, że może się uczyć, chodzić do szkoły. To była duma.

Wspomnienia ze szkoły w Chylicach są tylko miłe?

Pani Danuta: Ja bardzo lubiłam tę szkołę.

Pani Urszula: Ja też, specjalnej dyscypliny nie było, tylko czasem nie chciało się iść, zwłaszcza jesienią i zimą. Przecież nikt nas nie prowadził, szło się samemu.

Pani Danuta: Ale było bezpieczniej. To był inny świat. Ludzie żyli inaczej, dzisiaj są zupełnie inne warunki. Na naszych oczach zmienił się świat i zmieniła się szkoła. Wtedy jakoś nikt nas na przerwach nie pilnował, w czasie drogi nie pilnował, a nic nikomu się nie stało.

A sam budynek jakie przybrał rozmiary! Ile razy tamtędy przejeżdżam, z wielkim sentymentem wracam do tamtych chwil. I dlatego tak wiele pamiętam.

Na przykład koło szkoły był sklep pani Salamonowskiej. Były w nim przybory szkolne i artykuły spożywcze. To był malutki parterowy domek pani Zosi. To stara wielopokoleniowa rodzina w Chylicach. Inne rodziny to Pacuszki, Dolińscy, Komosy.

A czy panie pamiętają panią Helenę Jaworską?

Pani Urszula: Tak, oczywiście, to był długoletni sołtys Chylic. Pamiętam, że pani Helena pełniła też rolę przewodniczącej koła gospodyń wiejskich w powiecie. Wszystko potrafiła załatwić.

Co było w szkole zabronione?

Pani Danuta: Chodzenie bez fartuszka. Niewłaściwe zachowanie. Ale nauczyciel był w szkole bogiem. Dosłownie. Co powiedział, to była prawda.

A jakieś rozrywki szkolne czy pozaszkolne?

Pani Danuta: Był chór pana Pietrzyka, śpiewałyśmy pieśni patriotyczne, kolędy, inne przyśpiewki, na przykład: „Witaj, ptaszku, wracaj przecież.” Śpiewałyśmy na głosy.

Pan od śpiewu grał na skrzypcach. A inni nauczyciele jakie mieli pomoce naukowe? Jakich metod nauczania używali?

Pani Urszula: Dużo czytaliśmy na głos i po cichu, pisaliśmy streszczenia.

Pani Danuta: Tak, pan kierownik często wywoływał mnie na środek i kazał czytać na głos.

A podręczniki?

Pani Danuta: Były wieloletnie i chyba szkoła zapewniała dla nas książki.

Czy posiadają panie jakieś pamiątki, zdjęcia, świadectwa?

Pani Urszula: Niestety, zdjęć się wtedy nie robiło. Nic nie zachowało się z tamtych lat.

Pani Danuta: Ja prowadziłam szkolny pamiętnik, ale zaginął.

Szkoda, byłby dzisiaj niezastąpionym źródłem wiedzy dla nas. A czy zdawało się na koniec szkoły jakiś egzamin?

Pani Danuta: Nie, ale kierownik pisał opinię do liceum. Zanosiło się ją razem ze świadectwem.

A czy zostawiało się uczniów na drugi rok w tej samej klasie?

Pani Urszula: Tak, oczywiście. Miałyśmy w szkole kolegę, który był już trzeci rok w jednej klasie.

A dlaczego nie posłały panie swoich dzieci do szkoły w Chylicach?

Pani Danuta: Nie wolno było. Istniała ścisła rejonizacja. Nasze dzieci chodziły do nieistniejącej dzisiaj szkoły w Stefanowie w dawnym budynku gminy, gdzie dzisiaj mieści się restauracja „La musica”. Kierownikiem tej szkoły była pani Czapińska. A potem nasz rejon to Piaseczno.

A nauczyciele z Chylic mieszkali w Chylicach?

Pani Danuta: Tak, państwo Górscy zaraz za mostem w czerwonym piętrowym domu, również w tych okolicach pani Sałatowa od języka polskiego. Wszyscy chodzili na piechotę. I uczniowie, i nauczyciele.

A jak wyglądały okolice szkoły i teren szkolny?

Pani Danuta: Nie było boiska, ale za to uprawialiśmy ogródek, grządki z kwiatami i warzywami, cały wielki teren zajmowały. Pieliliśmy na zajęciach, rosły tam morwy, pamiętam. Nasze okolice to było popularne letnisko. Mieszkało tu wielu letników.

Dziękuję serdecznie za miłą rozmowę i wszystkie wspomnienia.

Pani Urszula: My również dziękujemy.


Rozmowę ze swoimi przemiłymi sąsiadkami z Siedlisk przeprowadziła 9 grudnia 2016 roku
nauczycielka języka polskiego w Chylicach Agnieszka Hresiukiewicz.