Szkoła została wybudowana

„Z inicjatywy pana Jezierskiego i z jego pomocą szkoła została wybudowana. Była to jedna izba lekcyjna, na którą zawsze się mówiło u nas - klasa od studni, a obok znajdowało się mieszkanie dla nauczyciela. Uczyły się tylko te dzieci, które chciały się uczyć, nie wszystkie. Jeszcze obowiązku nauki nie było, bo państwo polskie było przecież wtedy biedne. Namawiano, żeby jednak ludzie się uczyli. Pan Jezierski przez kilka lat w tej jednej klasie tylko uczył.”

Wywiad z panią Heleną Jaworską, mieszkanką Chylic, absolwentką naszej szkoły, wieloletnią przewodniczącą komitetu rodzicielskiego, przewodniczącą gromadzkiej rady, sołtysem Chylic, działaczką społeczną


Jak rozpoczęto budowę szkoły?

Mieszkańcy naszej wsi, tacy światli rolnicy, zapragnęli wybudować szkołę. Zwrócili się z taką prośbą do państwa Wiśniewskich, właścicieli terenu pod budowę szkoły. Państwu Wiśniewskim tez zależało, żeby rolnicy mogli się uczyć. Granica podarowanego przez nich terenu to stare brzozy, które obecnie rosną na boisku przed szkołą. Pierwszym kierownikiem, bo wtedy to byli kierownicy w szkołach, a nie dyrektorzy, był pan Jezierski i on tę szkołę zaczął budować. Ja tego nie pamiętam, bo urodziłam się w 1924 roku, tylko znam to z opowiadań moich rodziców. Z inicjatywy pana Jezierskiego i z jego pomocą szkoła została wybudowana. Była to jedna izba lekcyjna, na którą zawsze się mówiło u nas- klasa od studni, a obok znajdowało się mieszkanie dla nauczyciela. Uczyły się tylko te dzieci, które chciały się uczyć, nie wszystkie. Jeszcze obowiązku nauki nie było, bo państwo polskie było przecież wtedy biedne. Namawiano, żeby jednak ludzie się uczyli. Pan Jezierski przez kilka lat w tej jednej klasie tylko uczył.

Ja poszłam do pierwszej klasy w roku 1931 (rok szkolny 1931/32). Wtedy kierownikiem szkoły był już pan Zygmunt Szymański, członek Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Sporo ludzi, przeważnie mężczyźni, bo kobiety to się polityką nie parały, było członkami stronnictwa ludowego, m.in. pan Piotrowski, pan Komosa, pan Salomonowski. Szkoła nie była tak prędko wybudowana, bo to i pieniędzy trzeba było, i chęci. Szkołę jako murarz budował pan Paderewicz, tę jedną salę i mieszkanie dla nauczycieli. Pan Paderewicz, tak się nieszczęśliwie złożyło, przy tej budowie stracił wzrok. Niegaszonym wapnem się wtedy budowało. Prysnęło mu to wapno do oczu i oślepł, do końca życia był niewidomy. Budowę kontynuował syn pana Paderewicza ze swoją ekipą murarzy. Oni tę szkołę wybudowali bezpłatnie i jedną klasę wyposażyli w ławki i tablicę. A mój ojciec ze swoimi ludźmi wykonał roboty drewniane: dach drewniany, podłogi. Ludzie z Chylic, którzy pracowali przy budowie, robili większość prac za darmo w czynie społecznym, a tym spoza Chylic trzeba było płacić.

Szkołę wybudowano, a ja w 1931 roku poszłam do pierwszej klasy. We wrześniu budynek nie był jeszcze wykończony, nie można było się w nim uczyć, tylko lekcje odbywały się w prywatnych mieszkaniach. Rozpoczęłam naukę w pierwszej klasie, a pamiętam, że moja mama chciała, żebym od razu poszła do drugiej klasy, bo umiałam już pisać i czytać, nawet z gazety. Kierownik Zygmunt Szymański powiedział wówczas: „No to jak umiesz pisać, to napisz: Koza daje mleko”. I to Koza daje mleko to do dziś pamiętam, chociaż mam już 87 lat. To był taki mój pierwszy egzamin. Jesienią, na początku pierwszej klasy, uczyliśmy się w domu prywatnym przy ulicy Broniewskiego. Inne starsze dzieci uczyły się też gdzieś w domu prywatnym na końcu wsi, przy ulicy teraz Starochylickiej (wtedy nie było nazw ulic). Nie trwało to długo, bo budynek szkolny szybko wykończono i przenieśliśmy się do niego. Było w nim już kilka izb. Pan Michał Piotrowski, mój stryjek, był przewodniczącym komitetu rodzicielskiego. Mówię o tym dlatego, że w mojej rodzinie chyba już w genach z pokolenia na pokolenia przechodzi chęć działania na rzecz szkoły czy ogólniej - na rzecz społeczeństwa. W kolejnych latach przewodniczącą komitetu rodzicielskiego była córka pana Michała Piotrowskiego, pani Makowska, a następnie w Komitecie Rodzicielskim pracowałam ja - aż przez 22 lata, z czego przez 12 lat byłam przewodniczącą Komitetu Rodzicielskiego. W szkole było bardzo dużo dzieci. Na piętrze, na korytarzu była zrobiona klasa lekcyjna. Tutaj, gdzie teraz na dole są ubikacje, też była klasa. Dzieci uczyły się na trzy zmiany, więc trzeba było koniecznie rozbudowywać szkołę. Wtedy wyszło też zarządzenie obowiązkowego nauczania podstawowego - osiem klas.

W którym to było roku?

Moja córka Irena, urodzona w 1952 roku, już nie mogła tutaj skończyć ósmej klasy, bo nie było na nią miejsca. Ona chodziła do Skolimowa, do ojców paulinów (chyba przy ulicy Deotymy). Ósma klasa chylicka tam właśnie się przeniosła. W szkole w Chylicach było za ciasno. Byłam także przewodniczącą gromadzkiej rady, dawniej to się nie mówiło na wsi przewodnicząca gromadzkiej rady, tylko wójt. Mając sześcioro dzieci, prowadząc gospodarstwo ogrodnicze, będąc przewodniczącą komitetu rodzicielskiego, zostałam też przewodniczącą gromadzkiej rady. Z jednej strony to było dla mnie trudne, wiązało się z brakiem czasu i odpoczynku, ale z drugiej strony łatwiej mi było załatwić różne sprawy związane ze szkołą, pójść do powiatu i wyprosić coś dla naszej społeczności. A konieczna była rozbudowa szkoły, bo dzieci przybywało, ale nie miały gdzie się uczyć. Wtedy kierownikiem szkoły był pan Jastrzębski. Pan Zygmunt Szymański był już wtedy starszym człowiekiem i nie uczył. Wtedy to Komitet Rodzicielski rozpoczął starania o rozbudowę nowej szkoły. Stary budynek można byłoby przeznaczyć na przedszkole. Niestety, odmówiono nam z powodu braku pieniędzy, gmina nie miała takich funduszy. Pan Jastrzębski uznał wówczas, że należy poczekać. Jednak rodzice, w tym ja, nie chcieliśmy czekać, przecież nasze dzieci nie miały gdzie się uczyć, więc koniecznie trzeba było szkołę rozbudować. Wówczas w gminie powiedzieli nam, że jeżeli chcemy, to możemy budować szkołę w czynie społecznym. Co to oznaczało? Połowę kwoty na budowę szkoły da gmina, a drugą połowę musimy zebrać sami. Organizowaliśmy wtedy zabawy ostatkowe, sylwestrowe, loterie fantowe, żeby zebrać jak najwięcej pieniędzy. Powstał plan rozbudowy szkoły, który naszej społeczności w ogóle się nie spodobał. Stary budynek szkoły był kryty blachą, a dach był widoczny. Z kolei według nowego planu dach szkoły miał być betonowy. Jakby to wyglądało? Część szkoły z dachem spiczastym i krytym blachą, a reszta z dachem betonowym? Trzeba więc było zrobić nowe plany. Przeprowadziliśmy też głosowanie, bo pan kierownik Jastrzębski chciał, żebyśmy poczekali z rozbudową, a ja- nie. Najpierw zwróciłam się do pana Jastrzębskiego z takimi słowami: „Panie kierowniku, zrobimy w szkole zebranie i przeprowadzimy głosowanie. Jeżeli ludzie zdecydują, że będziemy szkołę budować w czynie społecznym, to musi się pan kierownik na to zgodzić i pomagać nam w miarę możliwości”. Pan kierownik odpowiedział mi wówczas: „To już pani w tym głowa, bo ja uważam, że nie damy rady”. Pan Jastrzębski nie był z tego terenu, więc nie znał naszych ludzi, ich ofiarności i poświęcenia. Na zebraniu, nie jednogłośnie, bo ktoś tam uważał, że to będzie za duży wysiłek, ale większością głosów zdecydowano, że szkołę będziemy budować w czynie społecznym. Koszt rozbudowy podany przez inżynierów robiących plany, to 800 tysięcy złotych. Ale, jak już mówiłam wcześniej, te plany nam nie odpowiadały. Dobrze, że w komitecie rodzicielskim mieliśmy także inżyniera, pana Grunwalda, który zrobił nowy plan, oczywiście bezpłatnie. Według nowego planu szatnie dla dzieci miały znajdować się w piwnicach, a ja wiedziałam, że tu jest niski poziom wody, więc odradzałam takie rozwiązanie, bo obawiałam się, że do piwnic będzie podchodziła woda. Nie uwierzono mi, sądząc, że nie znam się na tym, bo skąd na takim piasku miałaby być woda. Ale ja pamiętałam, że kiedy jeszcze chodziłam tu do szkoły, to obok mieszkania nauczyciela była piwniczka i chłopcy tam wiosną wrzucali kamyki, które z chlupotem wpadały do wody. Stąd wiedziałam, że jest tam jest woda.

W końcu ruszyła rozbudowa szkoły. Pomógł nam kopać koparką kierownik cegielni w Chylicach. Wykopaliśmy doły pod fundament nowego budynku od obecnej klatki schodowej do obecnej sali gimnastycznej. Jesień i zima były wówczas dość ciepłej kiedy śnieg się roztopił, w wykopanym dole pojawiło się pełno wody. Straszne to było utrudnienie, bo przecież w szkole cały czas uczyły się dzieci. Dla ich bezpieczeństwa zalany teren ogrodziliśmy deskami, ale przecież dzieci się nie upilnuje, w każdej chwili mogło któreś tam wpaść. Przez całą zimę ta woda tam stała, co było dodatkowym kłopotem.

Skąd pochodziły pieniądze na rozbudowę szkoły?

Skąd mieliśmy pieniądze? Mówiłam już, że z organizowanych w szkole zabaw, ale jak się te zabawy robiło! Nie było żadnych naczyń. Talerze, sztućce, obrusy, wszystko musieliśmy przynieść z domu. Nie było przecież nic takiego w szkole. Ja byłam przewodniczącą koła gospodyń wiejskich i moje kobiety piekły mięsa, ciasta, wszystko na te zabawy. Jak była loteria fantowa, to mieszkańcy naszej wsi chodzili za fantami. Wszyscy pracowali. A koszt budowy szkoły jeszcze wzrósł o 50 tysięcy, więc musieliśmy zebrać jeszcze więcej pieniędzy - nie 800 tysięcy, a 850. Trzeba było nasz wysiłek wzmóc, żeby tych 50 tysięcy więcej zarobić.

Wtedy Warszawa była jeszcze zagruzowana, no więc trzeba było stolicę uprzątać i myśmy korzystali z tego. Ktoś nam powiedział, że można dostać od władz Warszawy jakiś zgruzowany budynek. I myśmy taki budynek dostali. Potrzebny był tylko mężczyzna, bo mówili: „Co tam baba, ona się nie zna”. Załatwienia tego budynku nie mogła wziąć na siebie jedna osoba, w dodatku kobieta, tylko najlepiej jakaś instytucja na wsi albo koło ZSL-owskie czy kółko rolnicze. A ja akurat byłam przewodniczącą koła gospodyń wiejskich, które z kolei było częścią składową kółka rolniczego. Pan Doliński, kulawy sąsiad, był przewodniczącym kółka rolniczego i to on wziął na kółko rolnicze taki budynek. Najpierw odbyła się jego rozbiórka. W jej wyniku odzyskaliśmy 26 tysięcy cegieł, które posłużyły do budowy szkoły. W naszej szkole jest zatem kawałek Warszawy. 26 tysięcy cegieł z gruzów Warszawy.

Wkrótce pan Jastrzębski zachorował i umarł. Nauczycielka, chyba pani Makowska, zastępowała go w szkole. Wszystkie sprawy związane z budową ja musiałam załatwiać. W 1973 roku (rok szkolny 1973/74) kierownikiem szkoły został pan Władysław Król. A rozbudowywał szkołę wtedy za te 800 tysięcy bardzo solidny majster pan Bieńkowski. I tak z nim debatowaliśmy, jak zrobić, co zrobić, żeby było taniej i lepiej. Pamiętam, że kiedy było oddanie nowego budynku szkoły i on mnie to wszystko zdawał, a ja odbierałam jako przewodnicząca komitetu rodzicielskiego dokument ukończenia budowy, to tak mi łzy kapały jak groch. Przecież tyle trudu musiałam przejść, tyle wyrzeczeń, tyle trzeba było wszędzie załatwiać i prosić o pieniądze, że z tego wzruszenia płakałam. Wówczas inni się ze mnie śmieli, że zamiast się cieszyć, to ja płaczę. Płakałam ze wzruszenia, że się udało taką rzecz dla wsi zrobić. Kiedy ktoś mnie pytał, po co ja to robię, dlaczego działam społecznie, to odpowiadałam krótko: „Mam sześcioro dzieci, mam dla kogo świat poprawiać”. I poprawiłam trochę ten świat, szkołę budowałam, gaz, wodę dla wsi załatwiłam, ale sama to bym nic nie zrobiła, tylko ludzie ofiarnie tutaj pracowali, m.in. pan Nowacki, który był na każde zawołanie. Mówiłam: „Panie Nowacki, trzeba przywieźć cegły czy pojechać gdzieś po coś”. I chociaż pan Nowacki był rolnikiem i miał mnóstwo swojej roboty, to zawsze pomógł. Na te organizowane w szkole zabawy trzeba było zrobić wędliny. Wówczas pomagał pan Hakowski, który był rzeźnikiem. Pomagały też kobiety z koła gospodyń wiejskich. Teraz pani Jarzębska ledwo chodzi o kulach, a ona tyle pomagała przy rozbudowie szkoły. Pani Salomonowska swoje talerze i inne potrzebne rzeczy przynosiła. Wspólnym wysiłkiem to się wiele zrobi.

Za czasów okupacji był taki nauczyciel, pan Sołson. Mówiliśmy, że to Niemiec, bo uczył po niemiecku, nawet prowadził dla chętnych kursy po niemiecku. Był taki gospodarny, że na tym szczerym piachu za szkołą kazał sadzić drzewa. Ale te posadzone drzewka to trzeba było przez całe wakacje podlewać, żeby nie uschły. Dodam jeszcze, że kiedyś nie było ubikacji w szkole, tylko za szkołą stała drewniana komórka z czworgiem drzwi dla dziewczyn po jednej stronie i czworgiem drzwi dla chłopców po drugiej stronie. Takie były utrudnienia, dlatego dążyliśmy do tego, żeby było łatwiej i lepiej, aby nasze chłopskie dzieci nie miały gorzej od miastowych.

Przed trzecim etapem rozbudowy szkoły trzeba było wyciąć 38 sosen, które dzieci posadziły, a przecież nie wolno było tego robić, bo drzewa były już dosyć grube i obejmowała je ochrona. Skrzyknęłam więc rodziców. Wszyscy chętni, którzy przyszli, przez jedną noc drzewa wykopali, pocięli, a doły po nich zasypali, żeby nie było śladu, żeby nikt ich nie ukarał.

Kiedy kierownikiem szkoły został pan Władysław Król, rok szkolny się już zaczynał, a w szkole jeszcze ściany niepomalowane, jeszcze niewyskrobane z nich wapno. Znów trzeba było remontować, a wtedy w urzędach nie pozwalali zatrudniać prywatnych pracowników. Trzeba było wziąć jakąś firmę, a dotąd szkołę zawsze malował pan Kanclerski z Kierszka. Robił to zawsze bardzo dobrze i nie trzeba było po nim skrobać wapna. Ale pan Król nie wiedział, że nasi ludzie są tak ofiarni i że przyjdą z pomocą. Zatrudnił więc jakąś firmę państwową do tego wykończenia i malowania. Jej pracownicy tak strasznie nabrudzili, rozchlapali wapno, że znów musiałam prosić rodziców o pomoc. Zaoferowali się, że będą przychodzić na zmianę i szkołę posprzątają. Do pierwszego września szkołę wyczyścili z wapna, żeby nadawała się do nauki.

Jeszcze nie wspomniałam, że kiedy kierownikiem szkoły był pan Szymański, to przez jakiś czas przewodniczącą komitetu była pani Wójcicka, babcia obecnej pani dyrektor [Małgorzaty Rygier-Jaworskiej]. A jej mąż, pan Wójcicki był generałem. To była zacna rodzina. Pan generał, kiedy byłam przewodniczącą gromadzkiej rady, bardzo mi pomagał, bo ja skończyłam tylko osiem klas szkoły podstawowej, a miałam rządzić całą gminą, która obejmowała dwanaście wsi od Warszawy (Józefosław) do Dąbrówki aż po Czarnów. Trzeba było naprawdę mądrej głowy, dlatego fachowe rady pana generała bardzo mi pomagały. Pani sekretarz w gminie, pani Pieszczochowicz, też miała takie wykształcenie, ale w tamtych trudnych czasach to trzeba było mieć dobrą głowę, żeby wszystkim dogodzić.

A którymi wsiami pani rządziła, to były: Czarnów, Chylice, Józefosław, Dąbrówka…?

To były: Kierszek, Józefosław (a Józefosław to się wtedy dzielił na dwie części, pod samym lasem, gdzie pani Makowska mieszkała, był Karolinów), Chylice, Chyliczki, Skolimów (który dzielił się na: Skolimów Wieś, Skolimów Północ, Skolimów Przyrzecze, Skolimów Chylice –kiedyś była tam stacja kolejki). A w drugą stronę były: Siedliska, Jastrzębie, Wierzbna, Nowa Wierzbna, Czarnów. Tyle wsi. Ale jakoś tam lepiej czy gorzej się rządziło, nie narzekali ludzie. Właściwie to ja wam powiem, że u nas to narzekanie to jest w genach, bo każda władza u nas jest wrogiem. Niech będzie najlepszy człowiek na wsi, najlepszy gospodarz, wszyscy go szanują, kolegują się z nim, ale jak tylko zostanie sołtysem, to już jest wrogiem, bo to władza. Byliśmy pod rządami rosyjskimi 123 lata, to władza była wrogiem. I teraz też każdy podchodzi do władzy jakoś tak z niechęcią.

Byłam przewodniczącą gromadzkiej rady i jednocześnie przewodniczącą komitetu rodzicielskiego, co mi pomagało załatwiać różne sprawy. Byłam też przez cztery kadencje ławnikiem w sądzie, w tym przez dwie kadencje w sądzie rodzinnym.

O chodnik w Chylicach musiałam tyle czasu prosić, bo nie było pieniędzy w gminie. Kiedy zdejmowali gdzieś w Piasecznie płytki z chodnika, to uprosiłam, żeby nam je dali. Zatem chodnik w Chylicach jest z tych uproszonych płytek… A teraz go rozebrali i po jednej stronie zostawili sam piach, po którym nie da się chodzić.

Bardzo wiele zrobiła pani dla szkoły i dla Chylic. Czy dostała pani za to jakieś nagrody?

Dostałam kilka razy dyplom przyjaciela szkoły. Otrzymałam też order serca matkom wsi za działalność na rzecz dzieci. Nie byłam sama w tej pracy, moje były tylko pomysły, a we wszystkim zawsze pomagali mieszkańcy wsi. Oni się czuli gospodarzami tego terenu i wszystko, co trzeba było zrobić, robili dla swojej społeczności. Wszyscy nowi, którzy się tu ostatnio budują, nie czują się już tak odpowiedzialni za ten teren.

Coś wam pokażę. To moje honorowe obywatelstwo Piaseczna. Cieszę się, że działalność na rzecz innych jest jednak przez kogoś doceniana i to daje satysfakcję. Pokazuję wam to, żebyście kiedyś w przyszłości też działali na rzecz czy tego środowiska, czy Warszawy czy Polski. Kiedy zakładałam tu koło gospodyń wiejskich, to tylko 13 kobiet było chętnych, a później było ich przeszło 50. Organizowałam wtedy różne kursy szycia i szydełkowania.

Teraz jest zupełnie inaczej. Gospodarstw na wsi niby jest dużo, ale nikt nie uprawia roli, ziemia odłogiem leży, bo rolnictwo jest nieopłacalne, nawozy i paliwo coraz droższe. Na wsi to jeszcze tylko ja i mój syn trzymamy 50 kur. A kiedy byłam przewodniczącą koła gospodyń, to kurczaki można było dostać tylko w wylęgarni. Najpierw jeździło się do Warszawy na ulicę 11 listopada, następnie do Grójca, a później dopiero utworzono wylęgarnię w Piasecznie. Kiedy byłam przewodniczącą gromadzkiej rady, robiłam zapisy na kurczaki, a kobiety zamawiały jedna 50, jedna 100, jedna 30. Czasem sprowadzałam na wieś nawet dwa tysiące kurcząt. Najpierw kobiety wpłacały mi pieniądze, potem w umówionym czasie przywoziłam kurczaki do Chylic. Wtedy kobiety przychodziły z koszyczkami i każdej wyliczałam odpowiednią liczbę. Możecie sobie wyobrazić, ile to było pracy? A później jeszcze trzeba była załatwić paszę dla kurczaków. Na każdego kurczaka kilogram paszy, więc jak na dwa tysiące kurczaków dwa tysiące paszy przywoziłam i znowu każda kobieta przychodziła z woreczkiem, a ja tę paszę każdej musiałam odważyć.

Teraz, kiedy przechodzę koło szkoły, to cieszę się, że ona tu stoi. To już jej piąta czy szósta rozbudowa. Pierwszy rozbudowywał pan Jezierski, drugi pan Szymański, trzeci Jastrzębscy, potem pan Król, który przyszedł jak dobudowywany budynek już stał, ale trzeba było założyć centralne ogrzewanie, zrobić wewnątrz budynku łazienki i w ogóle wykończyć odpowiednio cały budynek.

Aby uzyskać pozwolenie na zrobienie łazienek w szkole, musiałam zrobić wykaz z całego terenu, że są w domach prywatnych takie kulturalne urządzenia. Po rozbudowie szkoły (przed salą gimnastyczną) było w niej bardzo zimno. W klasach znajdowały się żelazne piecyki i zimą dzieci się wokół nich gromadziły, aby się rozgrzać. Trzeba więc było założyć centralne ogrzewanie. To dzięki dyrektorowi Królowi wybudowano w szkole łazienki i założono centralne ogrzewanie.

Obecna rozbudowa szkoły jest z funduszy państwowych, a wszystkie poprzednie odbywały się w czynie społecznym. Nieraz sąsiedzi mi zarzucali, że w Warszawie szkoły się buduje, ale nikt się tam nie martwi, czy wybudują, czy nie wybudują. Ale nam się spieszyło, nie mogliśmy przecież czekać, bo nasze dzieci, aby się uczyć, musiały jeździć do innych miejscowości.

Który z tych panów kierowników pochodził z Wilanowa?

Pan Szymański. I kiedy skończył tutaj pracę, przeszedł na emeryturę i wówczas wrócił do swojego domu w Wilanowie. Jeździliśmy tam do niego. Doradzał jeszcze.

Sporo osób było członkami Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego: pan Szymański, o ile się nie mylę to pan Jezierski też, pan Jastrzębski, mój dziadek i moi rodzice. Pamiętam, jak stronnictwo zorganizowało chłopskie wesele, takie dawne chłopskie wesele. Ale było ładnie. Chłopaki wierzchem na koniach jechali, a dziewczyny na drabiniastych wozach, którymi zboże się woziło do stodół. A wszystkie stodoły stały od strony ulicy. Pamiętam jeszcze, że rząd stodół od strony ulic był nawet w Czerniakowie. Bo Czerniaków był kiedyś wsią. Kiedy jeździłam do Warszawy do szkoły krawieckiej, tuż przed wojną, to Czerniaków był wsią. Dlaczego stodoły stały od ulicy? Żeby przez podwórko nie jeździć ze słomą i nie śmiecić, tylko od razu z pola wjeżdżało się do stodoły.

Mój dziadek tutaj jest rodzony z dziada pradziada, z Kowalskich, a moja babcia była Ziomkówna i jej mąż, mój pradziad, Karol Ziomek, po zniesieniu pańszczyzny był pierwszym wójtem w gminie Lesznowola. Był chłopem, ale jak na swoje czasy był na tyle mądry, umiał pisać i czytać, że wybrali go na wójta. Zawsze jak na cmentarz idę, to u tego pradziadka świeczkę zapalam. Zawsze mu też przyrzekałam: „Ja też będę wójtem, dziadku”. I byłam wójtem (przewodniczącym gromadzkiej rady).

A mówiłam wam, jak to wiejska kobieta przyszła do gminy i szukała wójta? Taka ciekawostka. Przyszła kobiecina z Józefosławia, a zawsze wszystko załatwiał jej mąż. Ale on był kulawy, coś tam miał z nogą, więc tym razem ona przyszła do gminy coś załatwić - pierwszy raz. Kobiecina przyszła, zaraz do pierwszego pokoju weszła i mówi: „Proszę pani, ja do wójta, chciałam się z wójtem zobaczyć. To gdzie ten wójt?” Na to urzędniczka wyszła i mówi: „Tam, w ostatnim pokoju jest wójt.” To kobiecina poszła do tego ostatniego pokoju, otworzyła drzwi, popatrzyła, a tam ja siedziałam za biurkiem, coś tam pisałam. Popatrzyła, popatrzyła, zamknęła drzwi i poszła. Myślę sobie: „Co ta kobieta chciała ode mnie? Przyszła, popatrzyła i poszła.” Za parę minut przychodzi z powrotem i roztwiera drzwi, bo poszła do urzędniczki, która wytłumaczyła jej, że teraz ja jestem wójtem, czyli przewodniczącym gromadzkiej rady, ale na wsi potocznie się mówiło wójt. Wtedy ona przyszła drugi raz, otworzyła drzwi, popatrzyła na mnie, pokiwała głową i tak powiedziała: „Ciecie, patrzo a tera wójt baba. Baba wójtem. No, no. ”


Wywiad przeprowadziły uczennice Gimnazjum im. ks. Jana Twardowskiego w Chylicach: Joanna Cel, Anna Jaczewska, Klaudia Przybysz, Olga Ziemińska