Były już plany rozbudowy szkoły

„Na początku moje wrażenie o szkole było niezbyt dobre. Chylice to wieś pod Warszawą, więc wyobrażałem sobie coś lepszego. Znajdowały się tu tylko cztery sale lekcyjne, nasze mieszkanie, pokój nauczycielski i gabinet lekarski. W salach lekcyjnych podłogi były pomalowane „pyłochłonem” na czarno, co miało wyłapywać kurz”.
„Dzieci nie zmieniały obuwia w szkole. Były też zarysy dobudowy szkoły pod postacią gołych murów parteru, bez okien. W szkole nie było wody, centralnego ogrzewania, łazienek. Rolę łazienki pełniła umieszczona za szkołą, obok komórki na węgiel, drewniana „sławojka”. Obok budynku znajdowała się też studnia (na miejscu dzisiejszej stołówki)”.

Wywiad z panią Marią Król i panem Władysławem Król - dyrektorami i nauczycielami szkoły w Chylicach od 1972 r.


W jakich latach pracowali państwo w naszej szkole?

Pan Władysław: Przyszliśmy tu 25 sierpnia 1972 roku. Ja zakończyłem tu pracę 1 marca 1974, a żona w czerwcu 1974 roku.

Pani Maria: Mąż w tych latach był dyrektorem szkoły, a ja później przejęłam jego rolę ze względu na mieszkanie.

Gdzie mieściło się państwa mieszkanie?

Pan Władysław: Mieszkanie mieściło się w niedawnym oddziale przedszkolnym, przy kotłowni.
Pani Maria: Znajdowało się na miejscu dzisiejszych sal nr 10 i 0.

To było całe mieszkanie?

Pan Władysław: Tak, ale mieliśmy pokoik z kuchnią.

Pani Maria: Obok były jeszcze schody i pod nimi mieliśmy komóreczkę, a na prawo było jeszcze jedno pomieszczenie.

Jakie było państwa wrażenie, kiedy rozpoczęli państwo pracę tutaj?

Pan Władysław: Na początku moje wrażenie o szkole było niezbyt dobre. Chylice to wieś pod Warszawą, więc wyobrażałem sobie coś lepszego. Znajdowały się tu tylko cztery sale lekcyjne, nasze mieszkanie, pokój nauczycielski i gabinet lekarski. W salach lekcyjnych podłogi były pomalowane „pyłochłonem” na czarno, co miało wyłapywać kurz. Dzieci nie zmieniały obuwia w szkole. Były też zarysy dobudowy szkoły pod postacią gołych murów parteru, bez okien. W szkole nie było wody, centralnego ogrzewania, łazienek. Rolę łazienki pełniła umieszczona za szkołą, obok komórki na węgiel, drewniana „sławojka”. Obok budynku znajdowała się też studnia (na miejscu dzisiejszej stołówki).

Pani Maria: Pokój nauczycielski znajdował się na miejscu obecnego sekretariatu, a tam gdzie teraz jest pokój nauczycielski i sala nr 9, była sala gimnastyczna. Na terenie szkoły stał też barak kolonijny, bo była to miejscowość wczasowa. Przyjeżdżały tutaj dzieci z Warszawy na kolonie. Niestety, kiedy my zawitaliśmy tutaj, barak był bardzo zniszczony, rozpadał się. Był to obraz nędzy i rozpaczy.

Jak państwo tutaj trafili?

Pani Maria: Syn chodził do III klasy, córka do IV. Chcieliśmy przenieść się blisko dużego miasta, żeby dzieci miały lepszy dostęp do kultury. Na początku planowaliśmy zamieszkać w Łodzi, ale potem ze względów rodzinnych osiedliliśmy się pod Warszawą.

Pan Władysław: W rozbudowę szkoły mocno zaangażowali się rodzice. Dokumentacja została zrobiona za pieniądze społeczne, nie państwowe. Musieliśmy przerobić tę dokumentację (już za darmo), bo według niej szkoła miała się składać z dwóch budynków, bliźniaków. Była ściana działowa, przez którą nie można było przejść z jednego budynku do drugiego. Pan inż. Gronwald i pan Grabowski to budowlańcy, którzy przerobili szkołę społecznie. W przeciągu półtora roku udało się w miarę ogarnąć prace budowlane. Podłączono wodę, centralne ogrzewanie.

Pani Maria: Przed podłączeniem centralnego ogrzewania używało się pieców. W każdej sali znajdował się taki piec. Trudno było w nich palić, dymiło się. Raz, kiedy przyszliśmy rano do szkoły, na korytarzach było pełno dymu, a zaraz miały rozpocząć się lekcje. Trzeba było pootwierać okna, przewietrzyć pomieszczenia. I jak tu pracować? Z brakiem wody wiązał się też brak zwykłych łazienek. Trzeba było korzystać z drewnianej „tojki”, która stała na zewnątrz.

Czy było jakieś boisko?

Pan Władysław: Nie było tradycyjnego boiska. Na miejscu dzisiejszego stał wspomniany już barak. Obok szkoły był pusty teren, na którym odbywały się zajęcia sportowe. Po przeciwnej stronie ulicy rósł las, który podzielono na działki w 1976 r. Korzystaliśmy też z placu dzisiejszej „Laury”.

Pani Maria: Zimą na placu obok szkoły uczniowie wraz z nauczycielami robili lodowisko. Najpierw plac trzeba było wygrabić, uprzątnąć, a potem polać wodą i czekać, aż zamarznie.

Ile było klas?

Pan Władysław: Było 8 klas (9 oddziałów), a uczniów - 180, więc zajęcia trwały długo. Poza tym 9 osób kadry pedagogicznej, bez sekretarki, to dyrektor był jednocześnie sekretarką i wypełniał dokumenty. Były też tylko dwie panie woźne.

Pani Maria: Podłoga była kiedyś wybetonowana, było na niej pełno piachu i brudu. Nie było zmiany obuwia. Panie woźne miały więc pełne ręce roboty.

Jakie były dodatkowe zajęcia?

Pan Władysław: Było szkolne koło sportowe (SKS), harcerstwo (również zuchy), kółka zainteresowań, m.in. matematyczne, polonistyczne. Na terenie obecnej „Laury” odbywały się festyny sportowe. Organizowane były też w szkole zabawy choinkowe i zabawy sylwestrowe, aby zarabiać pieniądze. Zawsze mieliśmy komplet rodziców do pomocy, bo Komitet Rodzicielski działał bardzo prężnie. Na taką zabawę organizowaną dla zysku zabijano na wsi świniak, robiono wędliny, gotowano bigos i pieczono ciasta.

Pani Maria: Ogromne było zaangażowanie rodziców, którzy przygotowywali wszystko. Dzięki tym przedsięwzięciom mieliśmy środki na szkolne wydatki.

Jak były rozmieszczone sale lekcyjne?

Pani Maria: Jak wchodzi się głównym wejściem i idzie schodami w górę, pierwsza po prawej to była sala matematyczna, a następna fizyczno-chemiczna. Po lewej mieliśmy pracownię języka polskiego i dwie klasy dla młodszych dzieci. Na dole, na miejscu dzisiejszej sali fizycznej znajdowała się pracownia techniczna. Kiedyś technika była przedmiotem obowiązkowym. Pracownie były dobrze wyposażone.

Jakie były pomoce naukowe?

Pani Maria: Nauczyciel musiał sam przygotować pomoce naukowe. Dyrekcja oceniała nauczycieli za prowadzenie lekcji, za zachowanie uczniów na zajęciach i za to, czy na lekcji wykorzystano jakieś wykonane samodzielnie pomoce. Bywało też tak, że nauczyciel rysował wzór jakiejś planszy, a uczniowie razem z rodzicami ją robili. Kiedy były pochody pierwszomajowe, nasza szkoła miała się wyróżniać, dlatego uczniowie ubrali się w kolorowe stroje uszyte przez rodziców.

Jak wyglądały sale lekcyjne?

Pani Maria: Klasy wyglądały mniej więcej tak jak teraz. Wszystkie ławki były dwuosobowe. Na ścianie wisiały gazetki/aktualności. Uczniowie dbali, aby informacje były ciekawe i ładnie zobrazowane. Na ścianach wisiały portrety słynnych i zasłużonych ludzi, a także plansze dydaktyczne. W szafkach stały encyklopedie i słowniki. Wszędzie w oknach wisiały krótkie firanki.

Pan Władysław: Rodzice byli bardzo oddani i rewelacyjnie współpracowali ze szkołą, a coś takiego zdarza się rzadko.

Pani Maria: Tak jak nas zaskoczyła nędza tej szkoły, tak potem nas mile zaskoczyła współpraca rodziców. Znaleźliśmy informację, że istniała u nas spółdzielnia uczniowska.

Pan Władysław: To prawda. Uczniowie sami prowadzili sklepik i sami się rozliczali. Sprzedawali tam artykuły papiernicze, długopisy, zeszyty, gumki itp. Działała też Szkolna Kasa Oszczędności (SKO), na którą uczniowie sami wpłacali pieniądze. Była to forma nauki oszczędności. Taki mały bank.

Jakie wycieczki organizowano?

Pani Maria: Nasza szkoła, szkoły w Złotokłosie, w Zalesiu i w Głoskowie należały do jednej gminy szkół, więc organizowaliśmy wspólne wyjazdy, zwłaszcza dla uczniów, którzy zasłużyli na takie wyróżnienie. Na takiej wspólnej wycieczce byliśmy np. w Krakowie i to było bardzo miłe przeżycie. Zwyczajem były też jednodniowe wyjazdy do Zegrza, nad wodę.

Pan Władysław: Większość wycieczek była jednodniowa, najczęściej do Warszawy i okolic, ale wyjeżdżaliśmy też na kilkudniowe, np. szlakiem „gniazd” polskich, do Krakowa, na górę czarownic, czyli Łysicę w Górach Świętokrzyskich.

Jakie były relacje między nauczycielami a uczniami?

Pan Władysław: Każdy znał swoje miejsce. Musiał być szacunek do nauczyciela, żadnego ubliżania. Publiczne ubliżanie nauczycielowi było nie do pomyślenia. Była większa dyscyplina.
Pani Maria: Ogólnie było bardziej miło. Przez to, że klas było mało, kontakt z dziećmi był bliższy. Uczniowie generalnie lubili nauczycieli. Kiedy sprowadziliśmy się tutaj, to kadra pedagogiczna w szkole była dobra.
Pan Władysław: Raz miałem lekcję WF-u z chłopcami z 7 i 8 klasy. Na początku mi się stawiali, była taka próba sił, więc musiałem zastosować różne metody. Po jakimś czasie udało mi się ich ujarzmić. W tym okresie trwały prace remontowe i majster, który się nimi zajmował, przyglądał się lekcji. Po południu, kiedy się z nim spotkałem, powiedział mi: „No, poradził pan sobie z nimi”.

Pani Maria: Pamiętam, jak kiedyś na zebraniu upominałam rodziców, że nie dbają o zdrowie dzieci i nie dają im kanapek do szkoły, przez co uczniowie biegają do pobliskiego sklepu, by kupić tam chleb. Jakież było moje zdziwienie, kiedy za dwa dni zobaczyłam, że mój syn także biega z tym chlebem, mimo że kanapki dostawał.
Mieszkanie w miejscu pracy ułatwiało czy utrudniało na co dzień życie?

Pan Władysław: Ułatwiało, łatwiej było dopilnować wszystkiego. Bardziej pomagało to życiu szkolnemu niż nauczycielowi.

Często przychodzili do państwa tutejsi ludzie?

Pan Władysław: Tak, przez to, że w szkole był jedyny w okolicy telefon, ale też często przychodzono na rozmowę. Mieliśmy przyjazne kontakty z rodzicami. Byliśmy przez nich zapraszani na spotkania, nawet typu rodzinnego. Dzięki temu lepiej się znało uczniów i łatwiej było z nimi pracować.

Pani Maria: Wydawało mi się, że ja jestem taką dobrą nauczycielką i mówię do mojej córki: „Wiesz, mnie to chyba lubią uczniowie”, a ona na to: „Nie oszukuj się, czy można lubić dyrektora?”

Pan Władysław: Kiedyś nie było tak jak teraz, że rodzic wsiada w samochód i jedzie. Można było kogoś spotkać na ulicy, na przystanku, w sklepie i wymieniało się wtedy informacje o uczniach.

Czy uczniowie ściągali? Jakie mieli metody?

Pani Maria: Tak, uczniowie ściągali. Była taka ściąga zwijana w harmonijkę, przyklejało się ją do książek. Jeśli uczeń sam tworzy ściągę, to przynajmniej na tym korzysta. Najgorzej, jeśli bezmyślnie spisuje.

Pan Władysław: Jeżeli uczeń sam przygotował ściągę, to znaczy, że już się czegoś nauczył.

Czy do szkoły przyjeżdżały jakieś znane osoby, były występy?

Pani Maria: Tak, odwiedziła nas np. aktorka, pani Emilia Krakowska. Zdarzyła się wtedy taka sytuacja, że moja córka umówiła się z panią Emilią na spotkanie w szkole. Po spotkaniu pani Emilia poprosiła, abym przedstawiła jej moją sekretarkę, bo to, jak się wyraziła, taka przemiła osoba. Kiedy powiedziałam pani Emilii, że tą „sekretarką” jest moja córka, uczennica tej szkoły, nie mogła uwierzyć. Było bardzo dużo takich spotkań. Kiedy był budowany Polcolor, mieliśmy też spotkanie z Amerykanami i Rosjanami.
Odbywały się też akademie, np. na rozpoczęcie roku szkolnego. Wówczas jeszcze w wakacje sami uczniowie przygotowywali program artystyczny.
Dodam jeszcze, że dzieci dekorowały szkołę na zabawy choinkowe i bale sylwestrowe.

Tu blisko jest Dom Aktora. Czy była jakaś współpraca?

Pani Maria: Tak, chodziliśmy tam pomagać w pracach ogrodowych.

Czy w szkole była biblioteka?

Pani Maria: Oczywiście, że była. Bez niej byłoby trudno pracować. Nie było specjalnego pomieszczenia na nią. W klasie stały regały z książkami. Później została urządzona w obecnej sali nr 8.

Jaki strój obowiązywał?

Pani Maria: Stroju aż tak bardzo nie przestrzegaliśmy, miał być schludny. Niektóre dzieci nosiły fartuszki.

Pan Władysław: Nie chcieliśmy tylko, żeby była jakaś pstrokacizna. Uczniowie mieli ubierać się skromnie.

Pani Maria: Dzieci musiały też nosić tarcze przypinane agrafkami, ale jak ktoś jej zapomniał albo nie nosił poza szkołą, to nie robiliśmy z tego problemu.


Rozmowę przeprowadziły w grudniu 2016 r. uczennice kl. IIA Gimnazjum im. ks. Jana Twardowskiego w Chylicach: Gabriela Przybysz i Julia Sierosławska